Przejdź do głównej zawartości

Wrocławska 3-majówka 2018


Majówka już dawno za nami, przypomnę Wam jednak dzisiaj te chwile wolności i odpoczynku. Opowiem Wam o tegorcznej edycji wrocławskiej 3-majówki, jednego z przyjemniejszych i świetnie przygotowanych festiwali muzycznych, na których miałam okazję być.

http://www.3-majowka.pl/

Dla porównania, w zeszłym roku pisałam o Metal Hammer Festival w katowickim Spodku, który zawiódł mnie pod kątem technicznym (więcej na ten temat TUTAJ). Ani razu nie słyszałam sprzężeń, problemów z głośnością, czy opóźnień! Nagłośnienie było świetnie przygotowane, nie było słuchać pogłosów a będąc akurat na koncercie na Pergoli, można było usiąść po drugiej stronie sadzawki i słuchać, siedząc na trawie i popijając piwo, a muzyka i tak była dobrze brzmiąca i słyszalna. Artyści zaczynali o czasie, co jest dość nietypowe w muzycznym świecie. Nietypowe, jednakże przyjemne, związane z dużym szacunkiem do odbiorcy.

DZIEŃ PIERWSZY (1.05)


Pierwszego dnia koncerty zaczęły się dość późno przez wzgląd na odbywający się na wrocławskim rynku Gitarowy Rekord Guinnessa (który notabene został pobity liczbą 7411 gitar).

PERGOLA

Pierwszym artystą tego dnia był Perfect, jednak nie udało mi się dotrzeć na ten koncert, więc nie napiszę niestety nic.

Jako drugi na świeżym powietrzu miał zagrać Hunter, jednak w ostatniej chwili organizatorzy powiadomili o zmianie kolejności artystów: najpierw zagrał australijsko-amerykański zespół hard rockowy The Dead Daisies. Panowie, choć już nie najmłodsi, porwali tłum niesamowitą energią, jaka od nich biła. Słuchałam albumu tego zespołu następnego dnia i muszę stwierdzić, że na żywo są równie dobrzy, jak nie lepsi (na krążku nie da się odda tylu emocji). Muzycy wchodzili w interakcje z tłumem zgromadzonym pod sceną, zespół zabawiał i dał na prawdę świetne ponadgodzinne show.

Jako ostatni, o godzinie 21 pojawił się nasz polski Hunter. Osobiście uważam, że zespół nie jest najlepszy na żywo, aczkolwiek moje dwa ulubione kawałki: T.E.L.I. oraz Imperium Uboju wyszło im kapitalnie. Publiczność bawiła się dobrze, zespół zagrał kilka swoich hitów a także kawałki z nowego albumu Niewolność, m.in tytułowy utwór.

HALA STULECIA

Koncerty w Hali rozpoczęły się po 18, jednak Sinfonity i Lao Che to nie moja bajka.
Pierwszym koncertem, na jaki udałam się do środka, był oczywiście niemiecki Kreator, wielkoformatowa gwiazda thrash metalu i headliner pierwszego dnia. Jak było? Nie przepadam za thrashem. Wróć, nie przepadałam. Kreator powstał w 1982 roku (co prawda pod inną nazwą, która na obecną zmieniła się 3 lata później), zespół ma duże doświadczenie sceniczne i nie bez powodu jest tak rozpoznawalny i ceniony. Występ Kreatora nie był tylko koncertem, to było cale show z wizualizacjami, oświetleniem i pirotechniką. Co działo się pod scena - krótka relacja jednego z uczestników:

Cześć, jak przeżyłeś koncert Kreatora? I "przeżyłeś" jest tu stosownym określeniem.
Boleśnie! (śmiech)
Co działo się pod sceną? Sama nie odważyłam się wejść w ten kocioł pełen pobudzonych ludzi w otoczeniu buchającego ze sceny ognia i latających butów.
Pod sceną działo się małe piekło. Wokalista co chwilę zachęcał ludzi do pogo i pogo się faktycznie działo. I to ostre. Mi osobiście zdarzyło się zgubić buta, a palce u stóp bolą mnie do dziś.
Czy było coś, co Cię zaskoczyło?
Definitywnie zaskoczyła mnie pirotechnika w Hali Stulecia. Nie spodziewałem się tego w zamkniętym pomieszczeniu. Było to cholernie efektowne, aczkolwiek zwiększało już wysoką temperaturę, przez co można było się zgrzać jeszcze bardziej.
Co do zespołu: muzycy nie zawsze na żywo brzmią, jak się na płytach. Czy tutaj coś Cię zawiodło?
Wirtuozem strun głosowych wokal Kreatora nigdy nie był, aczkolwiek na żywo brzmiał całkiem sensownie i potrafił oddać ten klasyczny Kreatorowy thrashowy styl, także byłem bardzo zadowolony z tego, co usłyszałem.
Czyli koncert udany?
Definitywnie.


DZIEŃ DRUGI (2.05)

Drugiego dnia wystąpiło więcej artystów, zabawa trwała do później nocy (przed godziną 2:00 miał występować OSTR, jednakże nie potwierdzam, bo już mnie tam nie było).

PERGOLA

Godzina 15:00 - na scenę wchodzi Jelonek. O Jelonku już Wam pisałam, repertuar koncertowy muzyków niewiele się zmienia (ten na Pergoli od Metalowych Jasełek różnił się tym, że nie było kolęd). Niemniej jednak uwielbiam koncerty Jelonka nawet, jeśli znam już na pamięć kolejność utworów, zabaw i choreografię. Grali jak zwykle świetnie, bawiąc się tworzoną przez siebie muzyką i zabawiając publiczność. Koncert trwał plus minus półtorej godziny.

Następną gwiazdą była Coma, która, niestety bardzo mnie rozczarowała. Nie wiem, czy to [rzez wzgląd na wysoką temperaturę i słońce świecąca muzykom prosto w twarz powodujące dyskomfort, czy zły dzień Roguca, ale koncert nie był porywający. Wokal był dość płytki a charakterystyczne brzmienie e zespołu w dużej mierze związane ze świetnymi kiedyś kompozycjami utworów przykryła monotonia i przewidywalność współczesnych utworów Comy. Zatrzymałam się na Czerwonym Albumie, który już był czymś trochę innowacyjnym dla zespołu. Kolejne albumy po prostu mi się nie podobają.

Vader, legendarny już zespół, prekursor polskiego death metalu wyszedł na scenę chwilę po 18:00. Wcześniej nie znałam ich twórczości, jednak cholernie przypadli mi do gustu. Zespól założony w latach 80. ubiegłego wieku pokazał, że wiek nie gra roli w tworzeniu muzyki. Koncert jak najbardziej udany i technicznie be zarzutów. Wszak wiadomo, że nie każdy, kto robi dobrą muzykę na albumach, robi to również dobrze na żywo. Jeśli już o tym mowa, kolejną pergolową gwiazdą był dobrze wszystkim znany przedstawiciel polskiego punka - Pidżama Porno. Mimo, że Grabaż dalej nie potrafi śpiewać (nie jest to jednak wielki fenomen - Ozzy Osbourne, który debiutował już w 1969 roku, wciąż fałszuje), jest to w jakiś sposób charakterystyczne nie tylko dla tego zespołu, ale również całego punka. Czy było źle? Oczywiście, że nie! Kolejny energetyczny koncert, przy którym można było i pośpiewać i potańczyć, i usiąść z brzegu, żeby po prostu posłuchać.

Dżentelmeni Metalu, czyli zespół Nocny Kochanek, weszli na scenę o 21:30 i zrobili największe show. Kto już wcześniej słyszał o tej kapeli wie, czego się spodziewać - heavy metal, jakich wiele. Co jednak wyróżnia ten konkretny zespół? Teksty piosenek, jakich świat nie widział. Czy słyszeliście o dziewczynie z kebabem, której sosy kapią na biust? Albo też o Andrzeju, któremu dalej nie wiadomo jak na imię? Były też oczywiście smoki, gołe baby i pigułki samogwałtu, wszystko to przy wtórze dobrej muzyki i śpiewach z publiczności. Nie trzeba wiele, by nauczyć się tekstów zespołu - same wgryzają się w głowę.

HALA STULECIA

Pierwszy koncert tego dnia w Hali Stulecia rozpoczął się o 15:30, można było zobaczyć i usłyszeć zespół Me And That Man, czyli duet Nergal i John Porter. Zespół wydawał mi się kuszący, jednak niestety na żywo nie brzmi tak fantastycznie i ciekawie, jak np na YouTube. Niemniej jednak, ciekawym doświadczeniem było posłucha śpiewającego Darskiego.

Następnie wewnątrz Hali Stulecia można było usłyszeć Krzysztofa Zalewskiego, Miuosha oraz Ayo, jednak niewiele Wam na ten temat jestem w stanie powiedzieć.


W czasie, kiedy Nocny Kochanek szalał na scenie na Pergoli, w Hai Stulecia wystąpił Bass Astral x Igo. Jest to dwuosobowy zespół, który tworzy muzykę elektroniczną. Głos, jakim dysponuje Igor powala na ziemi. Mimo, że nie lubię elektroniki, ten zespół skradł moje serce. Najlepszym kawałkiem zespołu jest jak dla mnie cover Would zespołu Alice in Chains. Jakaż byłam szczęśliwa, kiedy usłyszałam ten utwór na żywo! Zaraz po nim popędziłam prosto na Pergolę.


Mogłoby się wydawać, że bardzo krytycznie oceniłam większość wykonawców, jednak summa summarum jestem bardzo zadowolona z tych dwóch dni festiwalu. Na trzeci się już nie zdecydowałam, gdyż prócz Percivala, którego było mi dane widzieć na żywo już 2 razy, nic mnie nie przekonało do kupienia biletu.

Komentarze

Najchętniej czytane

HIM - żegnamy Was (relacja z koncertu, Warszawa 28.11.2017)

Dziś będzie trochę romantycznie, ale wciąż metalowo, bo tym razem relacja z koncertu zespołu HIM. HIM jest fińskim zespołem, który stworzył nowy rodzaj muzyki - love metal. Zespół został założony 26 lat temu w Helsinkach przez Ville Valo (wokal), Mikko “Linde” Lindströma (gitara) oraz Mikko “Mige” Paananena (bas). W marcu tego roku HIM ogłosił smutną wiadomość dla fanów - zespół rozwiązuje działalność i rusza w trasę koncertową po świecie, by zagrać dla swoich fanów ten ostatni już raz. We wtorek 28 listopada HIM zagrał w warszawskim klubie Stodoła. Pomimo wielu negatywnych komentarzy o braku zaangażowania i kontaktu z publicznością muzyków a także o niezbyt ciekawych wcześniejszych koncertach, polscy fani przybyli tłumnie na koncert. Bilety wyprzedały się niemalże natychmiast po tym, jak ruszyła sprzedaż. Supportem Finów był amerykański zespół z Atlanty - Biters, który choć istnieje dopiero od 2009 roku, zatrzymał się w czasach świetności glam i hard rocka. Panowie przekazali pu...

Koncert: Łaty i Frankenstein Children (Wrocław, Stara Piwnica, 29.06.2018)

Dziś trochę od czterech liter strony - napiszę coś o wydarzeniu najnowszym, w następnych postach opowiem Wam o minionych wydarzeniach (koncert Hollywood Vampires oraz Parkway Drive). Prócz wielkich wydarzeń i dużych koncertów, lubię czasem wpaść na mały, wręcz kameralny koncert młodych artystów. Dziś wylądowałam na podwójnym koncercie. Dwie młode formacje - Frankenstein Children oraz Łaty pokazały się na letniej scenie Starej Piwnicy we Wrocławiu. Przyjemnie, ciepło, zimne piwo, czego można chcieć więcej? Z pewnością dobrej muzyki. Pierwszy zespół, czyli Frankenstein Children , prezentuje coś, co ciężko mi zaklasyfikować. Nazwałabym to połączeniem alternatywnego rocka i synth popu, jednak sam zespół pisze o sobie jako o wykonawcy groovepunku. Nie jest to zdecydowanie rodzaj muzyki, za którym szaleję. Jak można wywnioskować po wcześniejszych wpisach na blogu, wolę mocniejsze brzmienia. Znacznie mocniejsze. Co nie zmienia faktu, że nie znalazłam czegoś dla siebie. Kawałek ...