Metal Hammer jest dużym wydarzeniem muzycznym, które od lat przyciąga do katowickiego Spodka tysiące osób. Tegoroczna, ósma już edycja, nastawiona była na mroczny klimat z domieszką folku. Chociaż organizatorzy zaprosili gwiazdy dużego formatu, nie poradzili sobie z nagłośnieniem, co bardzo negatywnie wpłynęło na odbiór, jak i zadowolenie uczestników, a także samych artystów. “Trochę tak, jakby komuś przypomniało się dzień wcześniej, że trzeba przygotować wydarzenie”, mówi jeden z uczestników. Przy festiwalu o takiej renomie, coś podobnego nie powinno mieć miejsca.
Wykonawcami widocznymi na plakatach reklamujących MH byli: ARRM, Percival Schuttenbach, Zeal & Ardor, Myrkur, Paradise Lost oraz gwiazda, a raczej gwiazdor wieczoru - Marilyn Manson. Pomimo podania przez organizatorów godzin rozpoczęcia poszczególnych występów, było wiele nieścisłości, jednak, co zaskakujące, zespoły zaczynały wcześniej, a nie, jak można by zakładać, z drobnym opóźnieniem.
Na płytę Spodka dotarłam chwilę po godzinie 16, gdy grał już sosnowiecki ARRM. Zespół obracający się w klimatach atmospheric i doom metalu uważam za ciekawy, jednak nie zachwycił mnie na tyle, by zostać dłużej, niż na kilku kawałkach. Opuściłam teren festiwalu, by na godzinę 16:50 wrócić na koncert zespołu Percival Schuttenbach, na którego występ czekałam od dawna. Ku mojemu zdziwieniu, gdy dotarłam pod scenę o wcześniej wspomnianej godzinie, koncert trwał już w najlepsze. Po zaledwie 4 utworach zespół podziękował i zszedł ze sceny. Dowiedziałam się, że Percival, którego tak wyczekiwałam, zaczął znacznie przed czasem. Rozzłościło mnie to, przyznam, jednak nie tracąc nadziei na dobrą zabawę, czekałam niecierpliwie na kolejnych wykonawców.
Kolejnym zespołem był Zeal & Ardor (o którym więcej znajdziecie TUTAJ). Jest to dla mnie formacja niebanalna, przede wszystkim ze względu na połączenie akcentów black metalowych, bluesowych i nurtu negro spirituals, czyli rodzaju muzyki religijnej, tworzonej przez ciemnoskórych niewolników w Stanach, który dał podwaliny bluesowi. Jeszcze na długo przed festiwalem próbowałam zapoznać się z twórczością zespołu, niestety, po kilku próbach zrezygnowałam. Niemniej jednak, to właśnie tego zespołu byłam najbardziej ciekawa. Tutaj intuicja mnie nie zawiodła - był to, subiektywnie, najciekawszy koncert tego dnia. Chociaż ciarki miałam już na Percivalu, tu, stojąc pod samą sceną, ciało dostawało dreszczy. Zeal & Ardor jest młodą formacją, mogącą poszczycić się jedną płytą, wydaną w tym roku Devil is Fine i choć dopiero stawiają stawiają pierwsze kroki w świecie muzyki metalowej, ich poczynania odbiły się głośnym echem.
Niestety, nie było mi dane zostać na całym koncercie, przez co czuję ogromny niedosyt. Z&A jest zespołem na tyle specyficznym, że nie każdemu i nie od razu przypadnie do gustu, ale zachęcam choćby do próby poznania, gdyż jest to swego rodzaju fenomen na rynku muzyki rockowej i metalowej, godny uwagi.
Równie mocno, co na dwa wcześniejsze zespoły, cieszyłam się na występ nowojorskiego Myrkur. Pomimo pozornego braku zgrania, ten black metalowy zespół z domieszką pięknego, skandynawskiego folku, zrobił wrażenie na uczestnikach MH. Co w nim tak wyjątkowego? Na pewno wokal Amelie Brunn, której krzyk w połączeniu z czystym sopranem przyprawiał o ciarki i wprowadzał w ponury klimat. Liderka zespołu dała pokaz swoich możliwości wokalnych w ostatnim akustycznym numerze. Amelie to nie tylko dobry muzyk, to też ciekawa postać sceniczna.
Paradise Lost to już legenda. Prekursorzy metalu gotyckiego oraz death doom’u pokazali publiczności katowickiego Spodka, że mimo dużych problemów ze strony technicznej, które wzmagały się wraz z kolejnymi koncertami, można zachwycić publikę i zrobić dobry występ. Niestety, skutkiem problemów z nagłośnieniem były spore przerwy między kolejnymi utworami, które odebrały koncertowi płynność i nie pozwoliły na wczucie się w gotycko-doom’owy klimat. Mimo problemów, można było usłyszeć takie kawałki, jak No Hope in Sight, Faith Divides Us - Death Unites Us, czy Beneath Broken Earth. Nick Holmes, wokalista zespołu, wchodził w interakcje z publiką, co rozluźniło nerwową atmosferę. Koncert jak najbardziej udany!
Główną atrakcją wieczoru (dosłownie) był znany na całym świecie ekscentryczny muzyk-artysta Marilyn Manson. Dlaczego atrakcją? Jego koncerty to nie tylko kontrowersyjne teksty okraszone wulgaryzmami i specyficzny, chrapliwy głos wokalisty. To także show, na które każdy fan tego artysty czeka. Manson wyłonił się z kłębów dymu, doprowadzając podnieconą publikę do euforii - na niego właśnie czekali cały dzień. W trakcie koncertu Marilyn przebierał się kilkakrotnie, zmieniając również mikrofony na coraz to bardziej wymyślne. Można było usłyszeć takie hity, jak This is a New Shit, The Dope Show, Sweet Dreams, The Beautiful People oraz kilka kawałków z najnowszego krążka The Pale Emperor. Na bis poleciał również jeden z jego najsłynniejszych coverów (zaraz po Sweet Dreams) - Personal Jesus zespołu Depeche Mode, który także tego dnia wystąpił w Polsce. Pomimo, że Manson nie jest najlepszym wokalistą, na pewno jest świetnym showmanem, który potrafi porwać publiczność. Nie boi się wchodzić w kontakt z fanami, co powoduje, że jego występy są tak emocjonujące. Co na minus? Wspomniane już wcześniej nagłośnienie, które na tym koncercie doskwierało najbardziej, denerwując nawet samego Mansona, który niejednokrotnie dał pokaz swojej złości (m.in. kopiąc głośnik).
Koniec końców, organizatorzy MH zebrali naprawdę ciekawych artystów, zadbali o wygodę uczestników między koncertami - liczne stoiska z zimnymi napojami, alkoholem, jedzeniem, koszulkami zespołów oraz liczne miejsca odpoczynku z leżakami i stolikami. To wszystko nie było jednak w stanie odwrócić uwagi od poważnych problemów technicznych, które na tak dużym i znanym już evencie, nie powinny się wydarzyć. Jednakże, moja ocena Metal Hammer 2017 - 7/10.
Na płytę Spodka dotarłam chwilę po godzinie 16, gdy grał już sosnowiecki ARRM. Zespół obracający się w klimatach atmospheric i doom metalu uważam za ciekawy, jednak nie zachwycił mnie na tyle, by zostać dłużej, niż na kilku kawałkach. Opuściłam teren festiwalu, by na godzinę 16:50 wrócić na koncert zespołu Percival Schuttenbach, na którego występ czekałam od dawna. Ku mojemu zdziwieniu, gdy dotarłam pod scenę o wcześniej wspomnianej godzinie, koncert trwał już w najlepsze. Po zaledwie 4 utworach zespół podziękował i zszedł ze sceny. Dowiedziałam się, że Percival, którego tak wyczekiwałam, zaczął znacznie przed czasem. Rozzłościło mnie to, przyznam, jednak nie tracąc nadziei na dobrą zabawę, czekałam niecierpliwie na kolejnych wykonawców.
Kolejnym zespołem był Zeal & Ardor (o którym więcej znajdziecie TUTAJ). Jest to dla mnie formacja niebanalna, przede wszystkim ze względu na połączenie akcentów black metalowych, bluesowych i nurtu negro spirituals, czyli rodzaju muzyki religijnej, tworzonej przez ciemnoskórych niewolników w Stanach, który dał podwaliny bluesowi. Jeszcze na długo przed festiwalem próbowałam zapoznać się z twórczością zespołu, niestety, po kilku próbach zrezygnowałam. Niemniej jednak, to właśnie tego zespołu byłam najbardziej ciekawa. Tutaj intuicja mnie nie zawiodła - był to, subiektywnie, najciekawszy koncert tego dnia. Chociaż ciarki miałam już na Percivalu, tu, stojąc pod samą sceną, ciało dostawało dreszczy. Zeal & Ardor jest młodą formacją, mogącą poszczycić się jedną płytą, wydaną w tym roku Devil is Fine i choć dopiero stawiają stawiają pierwsze kroki w świecie muzyki metalowej, ich poczynania odbiły się głośnym echem.
Niestety, nie było mi dane zostać na całym koncercie, przez co czuję ogromny niedosyt. Z&A jest zespołem na tyle specyficznym, że nie każdemu i nie od razu przypadnie do gustu, ale zachęcam choćby do próby poznania, gdyż jest to swego rodzaju fenomen na rynku muzyki rockowej i metalowej, godny uwagi.
Równie mocno, co na dwa wcześniejsze zespoły, cieszyłam się na występ nowojorskiego Myrkur. Pomimo pozornego braku zgrania, ten black metalowy zespół z domieszką pięknego, skandynawskiego folku, zrobił wrażenie na uczestnikach MH. Co w nim tak wyjątkowego? Na pewno wokal Amelie Brunn, której krzyk w połączeniu z czystym sopranem przyprawiał o ciarki i wprowadzał w ponury klimat. Liderka zespołu dała pokaz swoich możliwości wokalnych w ostatnim akustycznym numerze. Amelie to nie tylko dobry muzyk, to też ciekawa postać sceniczna.
Paradise Lost to już legenda. Prekursorzy metalu gotyckiego oraz death doom’u pokazali publiczności katowickiego Spodka, że mimo dużych problemów ze strony technicznej, które wzmagały się wraz z kolejnymi koncertami, można zachwycić publikę i zrobić dobry występ. Niestety, skutkiem problemów z nagłośnieniem były spore przerwy między kolejnymi utworami, które odebrały koncertowi płynność i nie pozwoliły na wczucie się w gotycko-doom’owy klimat. Mimo problemów, można było usłyszeć takie kawałki, jak No Hope in Sight, Faith Divides Us - Death Unites Us, czy Beneath Broken Earth. Nick Holmes, wokalista zespołu, wchodził w interakcje z publiką, co rozluźniło nerwową atmosferę. Koncert jak najbardziej udany!
Główną atrakcją wieczoru (dosłownie) był znany na całym świecie ekscentryczny muzyk-artysta Marilyn Manson. Dlaczego atrakcją? Jego koncerty to nie tylko kontrowersyjne teksty okraszone wulgaryzmami i specyficzny, chrapliwy głos wokalisty. To także show, na które każdy fan tego artysty czeka. Manson wyłonił się z kłębów dymu, doprowadzając podnieconą publikę do euforii - na niego właśnie czekali cały dzień. W trakcie koncertu Marilyn przebierał się kilkakrotnie, zmieniając również mikrofony na coraz to bardziej wymyślne. Można było usłyszeć takie hity, jak This is a New Shit, The Dope Show, Sweet Dreams, The Beautiful People oraz kilka kawałków z najnowszego krążka The Pale Emperor. Na bis poleciał również jeden z jego najsłynniejszych coverów (zaraz po Sweet Dreams) - Personal Jesus zespołu Depeche Mode, który także tego dnia wystąpił w Polsce. Pomimo, że Manson nie jest najlepszym wokalistą, na pewno jest świetnym showmanem, który potrafi porwać publiczność. Nie boi się wchodzić w kontakt z fanami, co powoduje, że jego występy są tak emocjonujące. Co na minus? Wspomniane już wcześniej nagłośnienie, które na tym koncercie doskwierało najbardziej, denerwując nawet samego Mansona, który niejednokrotnie dał pokaz swojej złości (m.in. kopiąc głośnik).
Koniec końców, organizatorzy MH zebrali naprawdę ciekawych artystów, zadbali o wygodę uczestników między koncertami - liczne stoiska z zimnymi napojami, alkoholem, jedzeniem, koszulkami zespołów oraz liczne miejsca odpoczynku z leżakami i stolikami. To wszystko nie było jednak w stanie odwrócić uwagi od poważnych problemów technicznych, które na tak dużym i znanym już evencie, nie powinny się wydarzyć. Jednakże, moja ocena Metal Hammer 2017 - 7/10.

Komentarze
Prześlij komentarz