Świat muzyki metalowej i rockowej zdominowany jest przez mężczyzn. Kobiet-frontmanów jest zdecydowanie mniej, nie mówiąc już o kobietach-muzykach, które są niewielkim odsetkiem. Nic więc dziwnego, że zespoły posiadające pierwiastek żeński często są intrygujące i bardzo dobre - kobiety muszę pokazać się z jak najlepszej strony, żeby wybić się w tym męskim świecie. Oczywiście, było wiele kobiet, które stały się legendami, jak Janis Joplin czy Joan Jett, których nie sposób nie znać i nie sposób zapomnieć. Wciąż wiele jest ich w tym showbiznesie, od lat przyciągają do siebie fanów, szokują, czarują i nie pozwalają przejść obojętnie obok ich muzyki. Któż nie zna takich zespołów, jak Nightwish, Evanescence, Within Temptation, Arch Enemy, Halestorm, czy In This Moment. Dziś chciałabym przybliżyć Wam nieco ten ostatni, który od lat jest moim nr 1 na liście zespołów z damskim wokalem.
In This Moment został założony w 2005 roku w Los Angeles. Zespół gra muzykę z pogranicza melodic metalcore’u i metalu alternatywnego, jednak jeśli mam być szczera, wiele utworów wychodzi poza ten schemat. ITM odkryłam będą jeszcze w liceum, kiedy zespół był już po wydaniu swojego trzeciego albumu, jednak to ich pierwszy krążek Beautiful Tragedy oraz otwór o tej samej nazwie zrobiły na mnie wrażenie. Pamiętam, że wtedy nie interesował mnie jeszcze metal, słuchałam takich zespołów, jak 3 Doors Down, Creed, Simple Plan, Shinedown czy Puddle of Mudd, a screamo drażniło uszy, lecz Maria trafiła do mnie swym wyrazistym, głębokim głosem, który bez problemu potrafił przejść w przenikliwy krzyk.
Kiedy słucham teraz tego utworu, uważam go za niezbyt dobry, zarówno technicznie, jak i wokalnie, jednak jest on dla mnie bardzo sentymentalny, był on moim pierwszym kawałkiem, który zapamiętam chyba na zawsze. Patrząc z perspektywy czasu, zespół zrobił ogromny postęp w kwestii samodoskonalenia się.
Nigdy nie przegryzłam się przez kolejne dwa albumy zespołu: The Dream i A Star-Crossed Wasteland. Wydawały mi się wtedy zbyt mroczne i przytłaczające, dobrze już wtedy rozwinięty scream Marii Brink zaatakował brutalnie mój dopiero co raczkujący gust muzyczny. Wsłuchiwałam się więc w kawałki z pierwszej płyty, odpuszczając całkowicie kolejne albumy.
Kilka lat później natrafiłam na kolejny, czwarty już album Blood, w którym zakochałam się niemal w całości od pierwszego przesłuchania. Moje uszy były już przyzwyczajone do mocniejszych brzmień, więc wchłaniałam go w siebie bez opamiętania. Zmienił się też mocno look sceniczny wokalistki - z delikatnie gotyckiej dziewczyny Maria wskoczyła w strój seksownej, lekko wulgarnej, lecz wciąż mrocznej królowej nocy. Na albumie można znaleźć takie kawałki, jak Whore, Adrenalize, czy tytułowe Blood, do których teledyski aż kipią od seksu. Zmieniła się również warstwa tekstowa i kompozycyjna utworów. Do już wcześniej mrocznych i smutnych utworów doszedł kontekst erotyczny, który niestety trochę mnie wtedy odpychał. Dopiero po latach pogodziłam się z kontentem ITM, ponieważ album Blood nie był jednorazowym pokazem nagości, lecz następne płyty także utrzymywane były w tym stylu.
Do następnego albumu Black Widow nie przekonywałam się zbyt długo, od początku uważałam go za bardzo przyjemny, ale także...inny. Jeśli musiałabym opisać album jednym słowem, nazwałabym go dziwnym. Po dłuższym zastanowieniu, klimatem album przypomina styl Marilyna Mansona, szczególnie utwór Dirty Pretty. Jest jeszcze jedna rzecz, która wyróżnia Black Widow od poprzednich albumów - brzydota. Teledyski, wciąż pełne seksu i energii, są bardzo przerysowane, zniekształcone, postaci wirujące wokół pięknej Marii są szpetne, wywołując niesamowity kontrast.
In This Moment to nie tylko świetna muzyka, to naprawdę ciekawe i dobrze nagrane teledyski. Ponownie przychodzi mi do głowy porównanie - klimatem teledysk do utworu Sick Like Me pasowałby idealnie do piątego sezonu American Horror Story Hotel, w którym podobną kreacją odznaczała się grająca w nim Lady Gaga. Maria w odpowiedzi na negatywne komentarze pod jej nazwiskiem mówi, że przekształciła wszystkie te negatywne opinie w coś, co doda jej sił. Podkreśla, że to, co robi, jest formą sztuki i wyrażenia siebie, podążaniem za własnym sercem. Członkowie zespołu wyszukali najbardziej obraźliwe komentarze, jakie skierowane były w stronę frontwoman i w taki sposób powstał utwór Sex Metal Barbie.
Najnowszy album Ritual ukazał się 21 lipca tego roku. Daty premiery wyczekiwałam ze zniecierpliwieniem. Pierwszy singiel - Oh Lord, który promował album, nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia, jednak kiedy usłyszałam Roots wiedziałam już, że warto czekać. Nie zawiodłam się! Album jest w idealny sposób zrównoważony, spokojniejszy od poprzednich, choć wciąż posiada element mroku, który w tym wypadku jednak bardziej przechodzi w mistycyzm. Jedyny teledysk, jaki wyszedł do tej pory (Oh Lord) ukazuje pewną tajemniczą praktykę religijną, czy też rytuał, jak podpowiada tytuł tego szóstego albumu studyjnego. Istnym majstersztykiem jest utwór Black Wedding z gościnnym udziałem Roba Halforda, frontmana zespołu Judas Priest. Brink i Halford w duecie prezentują się znakomicie, ich głosy mają wiele podobnych cech, przez co tak świetnie do siebie pasują. Należy w tym miejscu wymienić jeszcze jednego muzyka - Billy’ego Idola. Dlaczego jego? Artysta już w 1981 roku śpiewał “It's a nice day for a white wedding”. ITM wraz z Halfordem odnieśli się do kawałka sprzed prawie 40 lat kawałkiem śpiewając “It’s a nice night for a black wedding”. Nie mogę nie wspomnieć tu także o fenomenalnym coverze In The Air Tonight oryginalnie w wykonaniu Phila Collinsa.
Tak naprawdę mogłabym rozpisywać się na temat Ritual godzinami, ale lepiej będzie, jeśli sami sprawdzicie, co tak urzeka w tym albumie.
Podsumowując, zespół przeszedł dość długą i krętą drogę w celu odnalezienia siebie. Czy im się udało? O to należy pytać muzyków ITM. Jak dla mnie Ritual jest ich najlepszym albumem. Niecierpliwie czekam na kolejne teledyski i kciuk w górę za kawał dobrej roboty, jaką zrobili nie tylko w odniesieniu do tego albumu, ale i do całej twórczości - z każdym krokiem stają się coraz lepsi. Mam nadzieję, że nie spoczną na laurach i w przyszłości znów zaskoczą.
![]() |
| Black Widow (www.inthismomentofficial.com) |
Kiedy słucham teraz tego utworu, uważam go za niezbyt dobry, zarówno technicznie, jak i wokalnie, jednak jest on dla mnie bardzo sentymentalny, był on moim pierwszym kawałkiem, który zapamiętam chyba na zawsze. Patrząc z perspektywy czasu, zespół zrobił ogromny postęp w kwestii samodoskonalenia się.
Nigdy nie przegryzłam się przez kolejne dwa albumy zespołu: The Dream i A Star-Crossed Wasteland. Wydawały mi się wtedy zbyt mroczne i przytłaczające, dobrze już wtedy rozwinięty scream Marii Brink zaatakował brutalnie mój dopiero co raczkujący gust muzyczny. Wsłuchiwałam się więc w kawałki z pierwszej płyty, odpuszczając całkowicie kolejne albumy.
Kilka lat później natrafiłam na kolejny, czwarty już album Blood, w którym zakochałam się niemal w całości od pierwszego przesłuchania. Moje uszy były już przyzwyczajone do mocniejszych brzmień, więc wchłaniałam go w siebie bez opamiętania. Zmienił się też mocno look sceniczny wokalistki - z delikatnie gotyckiej dziewczyny Maria wskoczyła w strój seksownej, lekko wulgarnej, lecz wciąż mrocznej królowej nocy. Na albumie można znaleźć takie kawałki, jak Whore, Adrenalize, czy tytułowe Blood, do których teledyski aż kipią od seksu. Zmieniła się również warstwa tekstowa i kompozycyjna utworów. Do już wcześniej mrocznych i smutnych utworów doszedł kontekst erotyczny, który niestety trochę mnie wtedy odpychał. Dopiero po latach pogodziłam się z kontentem ITM, ponieważ album Blood nie był jednorazowym pokazem nagości, lecz następne płyty także utrzymywane były w tym stylu.
Do następnego albumu Black Widow nie przekonywałam się zbyt długo, od początku uważałam go za bardzo przyjemny, ale także...inny. Jeśli musiałabym opisać album jednym słowem, nazwałabym go dziwnym. Po dłuższym zastanowieniu, klimatem album przypomina styl Marilyna Mansona, szczególnie utwór Dirty Pretty. Jest jeszcze jedna rzecz, która wyróżnia Black Widow od poprzednich albumów - brzydota. Teledyski, wciąż pełne seksu i energii, są bardzo przerysowane, zniekształcone, postaci wirujące wokół pięknej Marii są szpetne, wywołując niesamowity kontrast.
In This Moment to nie tylko świetna muzyka, to naprawdę ciekawe i dobrze nagrane teledyski. Ponownie przychodzi mi do głowy porównanie - klimatem teledysk do utworu Sick Like Me pasowałby idealnie do piątego sezonu American Horror Story Hotel, w którym podobną kreacją odznaczała się grająca w nim Lady Gaga. Maria w odpowiedzi na negatywne komentarze pod jej nazwiskiem mówi, że przekształciła wszystkie te negatywne opinie w coś, co doda jej sił. Podkreśla, że to, co robi, jest formą sztuki i wyrażenia siebie, podążaniem za własnym sercem. Członkowie zespołu wyszukali najbardziej obraźliwe komentarze, jakie skierowane były w stronę frontwoman i w taki sposób powstał utwór Sex Metal Barbie.
Najnowszy album Ritual ukazał się 21 lipca tego roku. Daty premiery wyczekiwałam ze zniecierpliwieniem. Pierwszy singiel - Oh Lord, który promował album, nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia, jednak kiedy usłyszałam Roots wiedziałam już, że warto czekać. Nie zawiodłam się! Album jest w idealny sposób zrównoważony, spokojniejszy od poprzednich, choć wciąż posiada element mroku, który w tym wypadku jednak bardziej przechodzi w mistycyzm. Jedyny teledysk, jaki wyszedł do tej pory (Oh Lord) ukazuje pewną tajemniczą praktykę religijną, czy też rytuał, jak podpowiada tytuł tego szóstego albumu studyjnego. Istnym majstersztykiem jest utwór Black Wedding z gościnnym udziałem Roba Halforda, frontmana zespołu Judas Priest. Brink i Halford w duecie prezentują się znakomicie, ich głosy mają wiele podobnych cech, przez co tak świetnie do siebie pasują. Należy w tym miejscu wymienić jeszcze jednego muzyka - Billy’ego Idola. Dlaczego jego? Artysta już w 1981 roku śpiewał “It's a nice day for a white wedding”. ITM wraz z Halfordem odnieśli się do kawałka sprzed prawie 40 lat kawałkiem śpiewając “It’s a nice night for a black wedding”. Nie mogę nie wspomnieć tu także o fenomenalnym coverze In The Air Tonight oryginalnie w wykonaniu Phila Collinsa.
Tak naprawdę mogłabym rozpisywać się na temat Ritual godzinami, ale lepiej będzie, jeśli sami sprawdzicie, co tak urzeka w tym albumie.
Podsumowując, zespół przeszedł dość długą i krętą drogę w celu odnalezienia siebie. Czy im się udało? O to należy pytać muzyków ITM. Jak dla mnie Ritual jest ich najlepszym albumem. Niecierpliwie czekam na kolejne teledyski i kciuk w górę za kawał dobrej roboty, jaką zrobili nie tylko w odniesieniu do tego albumu, ale i do całej twórczości - z każdym krokiem stają się coraz lepsi. Mam nadzieję, że nie spoczną na laurach i w przyszłości znów zaskoczą.
![]() |
| Ritual (www.inthismomentofficial.com) |


Komentarze
Prześlij komentarz